W tym roku tylko jedna lilia olbrzymia mi zakwitła i to ta biała. W swoim ogrodzie mam jeszcze bordową i czarną. Piękne są , takie wielkie i pachnące. Przeważnie zostawiam je w ogrodzie , ale tym razem postanowiłam udekorować nią stół.
Spotkała mnie w tym miesiącu również miła niespodzianka. Zostałam zaproszona na 50-tkę ( no wyobrażacie sobie, 50 lat?!!!Ja nie mogę uwierzyć!!!) mojej koleżanki ze szkolnej ławy. Co za wspaniałe spotkanie, zwłaszcza że jakiś czas nie widziałyśmy się gdyż ona wyemigrowała do Niemiec. Były co prawda rozmowy telefoniczne od czasu do czasu , ale tak na dłużej nigdy nie było okazji. No a teraz ta dam - urodzinki. Było cudownie. Wybawiłam się na maksa. Impreza jak wesele z pełną ilością niespodzianek. Jedzenie swojskie, pyszne. Po prostu cudownie. Ja jeszcze pół roku mogę się cieszyć moimi 49,5 lat. Chociaż według moich prywatnych ustaleń mam 25 hehehe.
Lipiec na rzepakowym wzgórzu to zielona magia. Teraz kiedy prawie non stop pada kolor zielony aż kłuje w oczy. Lubię ten czas, zaraz po żółtych rzepakach. Cieszmy się tą chwilą bo za momencik kombajny wyruszą w pola i wszystko dookoła poszarzeje. Drzewa stracą swoją soczystość przechodząc w kolejny etap . Teraz na ogrodzie zaczynają królować hortensje i trawy. Ojej jak to wszystko cudownie wygląda. Biel pomieszana z zielenią. Zastanawiam się nad kolejnymi na sadzeniami tychże roślinek. One po prostu robią robotę. Do tego nastrojowe oświetlenie i będzie jak w magicznym ogrodzie.
W lipcu również odbyło się jak co roku Święto Rodziny. I tym razem nie zabrakło nas na tej zabawie. Ja oczywiście pełniąca dyżur jako pomoc pielęgniarska. Lubię ten dzień ze względu na moje pociechy, a najbardziej na moja mała Calineczkę. Ona najbardziej skorzystała z atrakcji . Starsza chętnie mi towarzyszyła przy stoliku, ale nie chciała uczestniczyć w konkursach. Za to mała podeszła prawie do każdego , dzięki czemu otrzymała parę gadżetów , które połechtały jej malutkie serduszko.
Jest trochę bojaźliwa , ale dobra motywacja słowna daje radę. Tak więc nawet przejechała się na motocyklu i bardzo jej się podobało. Tak jak powtarzam to wielokrotnie : najpierw spróbuj , odważ się , a potem powiedz że tego nie lubisz i nie jest to w twoim stylu.
Największą atrakcją nie tylko moich panienek , ale chyba każdego dziecka na tym festynie była piana. Ile radości , śmiechu , tarzania się było. Dobrze , że to jest na zakończenie imprezy bo inaczej byłoby kiepsko z ubraniami. Mokre, szczęśliwe i zmęczone ( przynajmniej jeżeli chodzi o Sarę) wróciłyśmy do domu.
Jak co miesiąc z moimi psiapsi udajemy się do Ratuszowej na degustacje smakołyków połączonych z winem. Tym razem był tatar w różnych odsłonach. Powiem, że niczego sobie. Dwa były rybne : łosoś i tuńczyk, kolejny z buraka ( no nie spodziewałam się , że będzie mi tak smakował)i kolejne dwa z wołowinką. Miłe spotkanie przy lampce wina, cudownych opowieściach o ich produkcji i doborze dań przez szefa kuchni. Co miesiąc przenosimy się w nowe zakątki świata smakując to co najlepsze w danej kuchni.
Tak jak mówiłam nie raz całe życie jestem na diecie bo niestety los podrzuca mi takie o to jaja. Co chwila któraś z moich koleżanek ma urodziny i przynosi takie o to cudeńka. Wmusza w nas te jedzonko bo oczywiście jak nie zjemy to będzie musiała wyrzucić, a nie po to się narobiła aby na to patrzeć i temu podobne. No w miesiąc w miesiąc balujemy. Nie mówiąc już o tym ,że lipiec to miesiąc wakacji , a więc towarzyskich spotkań, grillów itp. Hmmm...czyli na diecie będę dopiero od września? Nie!!!! Po prostu ograniczę wszystko do minimum i ruszę dupsko z kanapy. W końcu obiecałam sobie , że to będzie mój rok.
Lipiec jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. To dopiero połowa miesiąca więc jeszcze dużo przede mną. A moja ukochana psinka nie opuszcza mnie na krok. Cudowny widok, a jeszcze lepszy dotyk. Love you my sweet pet.
Największą atrakcją nie tylko moich panienek , ale chyba każdego dziecka na tym festynie była piana. Ile radości , śmiechu , tarzania się było. Dobrze , że to jest na zakończenie imprezy bo inaczej byłoby kiepsko z ubraniami. Mokre, szczęśliwe i zmęczone ( przynajmniej jeżeli chodzi o Sarę) wróciłyśmy do domu.
Jak co miesiąc z moimi psiapsi udajemy się do Ratuszowej na degustacje smakołyków połączonych z winem. Tym razem był tatar w różnych odsłonach. Powiem, że niczego sobie. Dwa były rybne : łosoś i tuńczyk, kolejny z buraka ( no nie spodziewałam się , że będzie mi tak smakował)i kolejne dwa z wołowinką. Miłe spotkanie przy lampce wina, cudownych opowieściach o ich produkcji i doborze dań przez szefa kuchni. Co miesiąc przenosimy się w nowe zakątki świata smakując to co najlepsze w danej kuchni.
Tak jak mówiłam nie raz całe życie jestem na diecie bo niestety los podrzuca mi takie o to jaja. Co chwila któraś z moich koleżanek ma urodziny i przynosi takie o to cudeńka. Wmusza w nas te jedzonko bo oczywiście jak nie zjemy to będzie musiała wyrzucić, a nie po to się narobiła aby na to patrzeć i temu podobne. No w miesiąc w miesiąc balujemy. Nie mówiąc już o tym ,że lipiec to miesiąc wakacji , a więc towarzyskich spotkań, grillów itp. Hmmm...czyli na diecie będę dopiero od września? Nie!!!! Po prostu ograniczę wszystko do minimum i ruszę dupsko z kanapy. W końcu obiecałam sobie , że to będzie mój rok.
Lipiec jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. To dopiero połowa miesiąca więc jeszcze dużo przede mną. A moja ukochana psinka nie opuszcza mnie na krok. Cudowny widok, a jeszcze lepszy dotyk. Love you my sweet pet.






































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz