TYDZIEŃ Z SARĄ

      


  Tydzień w naszym domku razem z Sarą obfitował w wiele ciekawych przeżyć. Sama podróż do jej aktualnego miejsca zamieszkania trwała  ponad 3 godziny. Zawsze kiedy jedziemy do niej to pada, jest mgła. Nawet kiedy pierwszy raz przyjechaliśmy już z Zuzią i mieliśmy zaplanowany wypad za miasto do parku rozrywki to co... padał deszcz. To jednak nam w ogóle nie przeszkadzało. Dziewczynki ubrane ciepło , pełne gorącego serca i pozytywnego nastawienia bawiły się wyśmienicie. Najpierw zahaczyliśmy o restaurację typu KFS. No bo przecież w dzisiejszych czasach nie ma Good fun  bez buły, coli, nugetsów. Potem z pełnymi brzuchami wyruszyły na podbój parku. To mały , ale bardzo przyjemny park rodzinny w Ochabach Wielkich.  Tu dziewczynki biegały alejkami  miedzy makietami miniaturowych budowli świata. Potem jest przestrzeń z dinozaurami. Kolejna atrakcja to park linowy. Tu mimo zlej pogody zabawiliśmy najdłużej. Nie przeszkadzało im ,że miały mokre tyłki. Jest  Zagroda z alpakami i wszerorakim ptactwem. Są nawet strusie. Pod zadaszeniem jest salon luster. I tu miałyśmy mały kłopocik , aby wydostać się z labiryntu. Sara jest bardzo odważna. Trzymała mnie za rękę i prowadziła cały czas do mnie mówiąc abym się nie bała. Jest kino 7D, klockowisko. Najbardziej co się podobało dziewczynkom? Jazda samochodami!!!! Tu panie wpuściły dziewczynki same na tor i mogły poszaleć. Zeszło nam z pół godziny. Jest tez wieża widokowa i zjeżdżalnia na pontonach. Po drugiej stronie jest kawiarnia i stadnina koni. Wszystko jest ogrodzone i zazielenione. Są ławeczki i sklepik z pamiątkami i fontanna. Jest również plac zabaw na świeżym powietrzu i batuty. Myślę ,że jakby była pogoda to spędzilibyśmy tam cały dzień.















W sobotę 28.10.2023r zabraliśmy Sarę do siebie. Podczas podróży zachowywała się jak ten osioł ze Shreka: daleko jeszcze? Bardzo była zaciekawiona nowym dla niej miejscem. Nie przypuszczała , że jest to tak daleko od domu, który znała. Jechała w nowe, nieznane miejsce, z osobami dla niej jednak zupełnie obcymi. Bała się tak samo jak my. W naszych głowach kłębiły się miliony myśli , a serce walczyło ze skrajnymi emocjami . Gdy tylko dotarliśmy do naszego domku Sara z uśmiechem na twarzy  powiedziała, że jest piękny i bardzo jej się podoba. Szybko zaniosła swoją walizę do pokoju ( na chwilę obecną przejściowego) i zaczęła zwiedzać każdy kąt. Potem zajechaliśmy do Gulusiowej Izby na jakiś późny obiadek . Niestety nie udało nam się posiedzieć w środku gdyż już była baardzo późna pora. Jednak kochane panie zrobiły nam obiadek na wynos. Może to i dobrze. Na spokojnie w domowym zaciszu zjedliśmy pyszności. Dziewczynki w pokoju miały rozłożony wielki materac, gdzie od razu  rozgościły się na dobre. Wspólnie wszędzie chodziły. Zuza stała się dla młodej oparciem i biurem informacyjnym. Tak jak kiedyś Norbert dla Zuzi. W niedzielę dziewczynki pomogły nam zrobić obiad i ciasto. Mała zadawała miliony pytań. Z czasem wstyd  i zakłopotanie odeszły w niepamięć. Sara zaczynała czuć się swobodnie. Zaczęły się rozmowy na ważne tematy. Obserwacja, dociekliwość. Potem przekraczanie granic i pojawienie się przytulasów i całusów. Zrobiła nam kolację niespodziankę. Bardziej dla Jarka bo stara matka wiecznie się odchudza i nie je kolacji. Tato musiał zamknąć oczy i zgadnąć co w środku tejże kanapeczki się  znajduje. OJ powiem ,że namieszała w niej. Były parówki, ser żółty, papryka, pomidor, ogórek, sałata ale i.....czosnek marynowany i....Tu tatuś miał problem z określeniem zawartości. Poprosił mnie o pomoc . Gdyby nie to ,że wystawała ta substancja z kanapki nie wpadłabym na pomysł co to może być. Jak myślicie? TO KAPUSTA KISZONA!!!!!!  Ale miały radochę dziewczyny. Śmiały się z nas do rozpuku, a tatuś szczęśliwy, że ktoś mu sprawił przyjemność.  Podczas jej pobytu u nas bardzo często robiła nam takie niespodzianki. Nam i jej było to potrzebne. Musiały dziewczyny posprzątać całą chatkę  i pomóc mi zorganizować Halloween. Muszę powiedzieć , że mała przeszła szkołę życia i baardzo dużo potrafi. Przepięknie posprzątała , a i w kuchni radzi sobie wyśmienicie. W nocy przychodziła do na s do łóżka:

- Mamusiu czy mogę spać z wami? Chciałabym zobaczyć jak to jest gdy ma się rodziców i można się do nich wtulić.

No jak odmówić dziecku. I znowu gnieździliśmy się w trójkę i pies. Zuza już dorastająca pannica i woli się wyspać sama na dużym łóżku (no właśnie, chyba muszę jej kupić nowe łóżku... dużo większe hahahaha).Spała z nami dwie noce  , a potem uciekła do Zuzy , z czego ta starsza była mniej zadowolona , bo młodsza wędruje w nocy po całym łóżku i rozpycha się. Mój mąż stwierdził , że ma RLS. Ostatniej nocy też przyszła do Jarka:

-Tatusiu chcę spać z Tobą. Nie zostawiaj mnie . Nie odwoź mnie tam. Chcę być z Wami. Kocham Was. Jest mi tu dobrze. - i ogromne łzy spłynęły po jej policzkach. Ja byłam odwrócona tyłem i nie widziała moich łez.  Ciężkie chwile każdego z nas. Ciężkie są rozstania. Jednak tu wiemy ,że nie na zawsze. Tylko na chwilę. Co to jest parę miesięcy , a wieczność. Dzwonimy do siebie praktycznie każdego dnia i za każdym razem słyszymy słowa : "kocham was, tęsknię, kiedy będę z wami?"

I za każdym razem ściska w sercu. Dla nas szybko czas ucieka bo pracujemy, zajęcia dodatkowe, malujemy pokoje, szykujemy się na przyjęcie Sary. Dla niej jako dziecka czas płynie zupełnie inaczej. 

Codziennie śpiewała mi piosenkę Sanah "Mamo tyś płakała". Ubierała się w swoją stylówkę ( jak to ona mówi o swojej kreacji baletnicy) i robiła pokaz tańca. Zmuszała siostrę do różnych zajęć i do rozmów. Wieczorem wspólnie oglądały bajki i dyskutowały, a rano był problem ze wstawaniem. W poniedziałek wybraliśmy się do Lubina aby oglądnąć   meble do jej pokoju.  Wybrała białe. Biurko, komodę, regał i łóżko ( z możliwością dodatkowe spania , w razie gdyby koleżanki chciały u niej nocować). W domu dobraliśmy na Allegro dywan i ozdoby na ścianę. Dodatki jak przystało na panienkę w kolorze  różowym. A i jeszcze zapragnęła mieć toaletkę. No w końcu to mała kobietka. Ten gadżet to tatuś jej sprawi. Potem wybraliśmy się do lubińskiego zoo. Pogoda była wyśmienita. Ciepło, bezwietrznie. Park Dinozaurów i zwierzątka w zagrodzie zrobiły robotę. Dzień należał do mega udanych.


















 Po południu odwiedziliśmy groby najbliższych. Poznała w ten sposób naszą rodzinkę. Niestety nie tak jak powinno być, ale sami wiecie jak to nam się układa. Wtorek od rana pełen roboty. Przygotowywaliśmy imprezkę Halloweenową. Gadżety jak co roku powiększają swoją ilość. Nowe propozycje kulinarne sprawdziły się. Dziewczynki śmigały po kuchni tam i z powrotem.


 

Wieczorem przyjechała moja siostra z rodzinką. Wszyscy byliśmy  przebrani i umalowani. Oglądaliśmy bajki lekko straszne. Najbardziej oczywiście wszyscy chcieli oglądać Wendsday. I w przyszłym roku zapowiedziano nam , że w takim stylu robimy imprezkę. Mnie to pasuje. Zawsze coś innego, nowego. 

Rano , w środę odwiedziłam grób mojego skarba. Chodzę tam prawie codziennie, lecz w taki dzień jak Dzień Wszystkich Świętych boli bardziej. Nie wiem  czym to jest spowodowane. Tym ,że tyle ludzi go odwiedza? Czy może zapach tych wszystkich palonych zniczy? Czy po prostu ten dzień sam w sobie . Nie wiem. Wiem za to jedno, że bardzo lubię przychodzić do niego po zmroku. Kiedy miliony światełek mrugają do siebie. Kiedy jest cisza. Kiedy mogę popłakać i nikt tego nie zauważy. Idę tam do niego, chociaż bardziej do miejsca. Mój synek leży w jego pokoju, siedzi przy naszym stole, kąpie się pod prysznicem i wtula się we mnie gdy zasypiam w jego sypialni. Tu , gdzie leżą jego prochy nie czuję Go. Bardziej myślę o tym miejscu jak o jego lokum, pokoju, które muszę posprzątać, włączyć światło, sprawdzić czy nic się nie stało. Czego bał się najbardziej mój koliberek? Burzy i silnego wiatru. Myślę, że to było wynikiem wady serca. Napięcie , zmiana ciśnienia, kołatanie serca, wewnętrzny niepokój. Zawsze gdy nadchodzi taki dzień, wieczór , czy noc, schodzę do jego pokoiku, siadam na łóżku i myślę o nim. Myślę o jego strachu. Zastanawiam się czy nadal go odczuwa? Czy tam , na górze jest spokój? Czy tam już tego nie ma? Czasami dręczą mnie różne takie dziwne przemyślenia. Jako matka ciągle boje się o niego. Wiecie, człowiek jak nie widzi, nie słyszy, nie wie co jest tam po drugiej stronie...to wpada w popłoch. Obawia się tego czego nie znamy. Tego nad czym nie panujemy. Nie boję się cmentarza. Nie boję się być tam sama w ciemności. Nie, przecież wszyscy których kocham są tam...Muszą mnie chronić.




















 

Czwartek minął na rzeczach bardziej babskich. Był fryzjer, który pokręcił loki panienkom. Była kosmetyczka, która przebiła uszy Sarze. Był wieczór z maseczkami na gębie podczas seansu filmowego. Nawet tatę wkręciliśmy  w Day spa. Pół popołudnia dziewczyny z tatą spędziły w jaccuzi. Na koniec dnia było czekoladowe obżarstwo. 




 

W piątek tatuś obiecał córeczkom ZOO Wrocław. Hm... nie powiem, że pogoda była na ten wypad idealna: lało i wiało. No, ale jak się obiecuje i ma się krótki termin realizacji to nie wiem co , trzeba spełnić. Najbardziej zależało nam na Afrykarium.  I to był strzał w dziesiątkę. W  środku ciepło, mało ludzi. Swobodnie przedzieraliśmy się przez dżunglę. Sara wchłaniała wszystko. Biegała tu i tam. Nie mogła znaleźć miejsca. Wszystko nowe, wszystko ją ciekawiło. Zafundowaliśmy sobie wycieczkę z okularami VR po dżungli razem z gorylami. Polecam każdemu. Mega przeżycie. Podczas oglądania mała się wystraszyła. Goryle podchodzą do ciebie tak blisko. Wyskakują z znienacka.


 
















 Lecisz nad nimi. No po prostu extra. Zjedliśmy w środku obiadek, a potem zajechaliśmy do IKEA  aby jeszcze dokupić parę szpargałów do pokoju księżniczki. Wieczorem Zuzia miała zajęcia w szkole tańca z Akro dance. Malutka też bardzo chciała. Więc poszły razem. Szybko opanowała choreografię i w domu był pokaz. Czeka z utęsknieniem na kolejne zajęcia.

 

W sobotę zaprosiłam przyjaciółkę z rodzinką. I dla nich Sara zrobiła przedstawienie taneczno - śpiewające. Nie wstydzi się . Lubi być w centrum uwagi. Zresztą ta starsza też. Najważniejsze ,że się dogadują.  I tak szybko minął nam tydzień. A i w południe mieliśmy umówione spotkanie z naszą cudowna panią fotograf. Zrobiła nam mega świąteczną sesję fotograficzną. My w boskich sukniach i nasz jedyny rodzynek -tatuś. Czas odjazdu był jak sami się domyślacie baaaardzo ciężki. Płacz, płacz, pytania dlaczego itp. Myślę, że była zachwycona i podobało jej się u nas.  Może trochę poczuła się normalnie, domowo, kochana. Bo my baaardzo!!!!!!








 

Prezent od Koliberka

  I co ja mam powiedzieć?






Czy nie wierzyć w przeznaczenie? No nie ma takiej opcji w naszym przypadku. Wierzę , że gdzieś tam wysoko, wysoko w niebie jest zapisany nasz los. To co robimy tu na ziemi to suma tego wszystkiego czego nauczyliśmy się w szkole życia. Nie chcę myśleć, że tu na ziemi jesteśmy tylko na chwilę i koniec. Świat jest zbyt piękny aby ktoś go nie stworzył z taką perfekcją. Myślę, że tam po drugiej stronie tęczy jesteśmy przygotowywani do życia na ziemi. Uczymy się w szkole niebiańskiej kochać, szanować. Uczymy się jak doskonalić siebie, swoje mocne strony. Każdy z nas ma przypisaną pewną rolę , która musi spełnić tu na ziemskim padole.  Tu ma swój określony czas , w którym musi  zrealizować swój plan. Uważam , że każdy na swojej drodze spotyka właściwe dla siebie osoby. Te , które przynoszą nam różnego typu doświadczenia, mające nas czegoś nauczyć.  I niestety nie zawsze są one dla nas miłe. Jednak uczą nas pewnych zachowań.  Tak właśnie myślę.... i jest mi z tym bardzo dobrze. Jest to dla mnie nadzieja, że moje dziecko, moja ukochana rodzina czeka tam na mnie w niebie i obserwują moje poczynania. Pomagają mi kiedy mam problem, kiedy czuję się samotna, kiedy jest mi źle. Nie wiemy ile nam zostało tego życia na ziemi. Nie wiemy , którzy jesteśmy w kolejce do bram niebios. Więc kochajmy się , szanujmy i czerpmy z życia ile się da. Bo Ci na górze nas rozliczą. Nie róbmy im przykrości, a jak się spotkamy to opowiemy im wszystko co nas w życiu spotkało. 

   Jeżeli chodzi o prezencik od mojego synka to muszę Wam coś opowiedzieć. To nasza kolejna historia. Pojawia się w naszym życiu nowy rozdział. Z pół roku przed śmiercią Norberta , na profilu związanym z adopcją pojawiło się ogłoszenie , że poszukiwana jest rodzina adopcyjna dla dziewczynki 8 letniej. Norbert od razu podłapał temat:

-Mamusiu może weźmiemy jeszcze jedno dziecko?

- No coś Ty? A gdzie się zmieści?

- Damy radę!!! U nas jest dużo pokoi. Będzie miejsce jeszcze dla jednego. Fajnie mieć dużo rodzeństwa. Dasz radę mamusiu.

- Wiesz kochanie ... masz rację. Fajnie jest mieć dużą rodzinę. Zawsze taką chciałam mieć.

- No widzisz! To co bierzemy jeszcze jedno dziecko?

- Kochanie ja to nie ma sprawy, wiesz o tym dobrze, ale tato? Hmmm chyba nie będzie zadowolony. Musisz z nim  zagadać. Jak się zgodzi to nie ma sprawy.

Norbert nakręcił się na kolejne rodzeństwo. Zresztą ja też. Jarek musiał do tego dojrzeć. Pokazałam mu artykuł i coś tam w nim drgnęło, ale jeszcze nie wtedy. Niestety los trochę pokrzyżował nasze plany. Jak to mówią  "Ty planujesz, Bóg krzyżuje". No i stało się. Norbert zmarł. Zostawił wielki ból, rozżalenie, nienawiść do świata, niesprawiedliwość. Takie uczucia miotały mną i myślę ,że i także moim mężem. Dlaczego my? Dlaczego on? To pytanie zadaje sobie każdy kto stracił bliską mu osobę. Niezależnie od wieku. Dzisiaj mogę powiedzieć, że jest mi lżej z myślą o moim synku. Czy się pogodziłam ? Trudno to powiedzieć. Wiem ,że nie dałby rady żyć z tym wszystkim co w sobie miał ( choroba serca , sprawiła wielkie spustoszenie w jego organizmie). Jednak dlaczego tak się stało, dlaczego nie miał szansy na wyleczenie tej choroby, dlaczego miał taką wadę , a nie inną? Dlaczego pojawił się na chwilę w naszym życiu? Może właśnie dlatego abym mogła być mamą, abym mogła cieszyć się macierzyństwem, być spełnioną jako rodzic, aby poznać smak łez, bólu, miłości , strachu. Poczuć jak to być nie wyspanym, zdenerwowanym, radosnym, zirytowanym, przestraszonym. To wszystko , życie z nim dało mi szansę na naukę. Bez niego nie nauczyłabym się tego co doświadczyłam. Bez niego nie byłoby Zuzi, może i domu , ogrodu, sadu, wycieczek, miejsc dla dzieci. Może i nie doszłoby do tej chwili , która właśnie następuje w naszym życiu. Dzięki niemu w naszej rodzinie pojawia się kolejna mała istotka. Myślę, że jak dobrze pójdzie na Święta Bożego Narodzenia już na stałe z nami zamieszka panna Sara. Dziewczynka malutka, drobniutka. Ma 10 lat. Włosy w kolorze kasztanowym, piękne brązowe oczy i piegi na nosie. Jest osobą niedosłyszącą i niedługo przejdzie operację wszczepienia implanta ślimakowego. Jest małym skrzatem , który się uśmiecha i gada jak najęty. Patrząc tak z boku to jest bardzo podobna do nas. Jednak coś w niej jest z Norberta.  Ma jego teksty, piosenki, banan na twarzy, przytulasy. Lubi czytać książki, pomagać w domu. Jest baardzo samodzielna. Gdy wchodzę do domu wita mnie okrzykiem " O mamusiu jesteś , tak tęskniłam!!!!" Identycznie wołał Norbert. W nocy przyszła się wtulić do nas i tak samo głaskała mnie po twarzy. W TV ogląda te same programy. Lubi te same potrawy. Wiem, wkręcam to sobie. Jednak uważam ,że tam gdzieś jest magiczny palec koliberka. Co noc prosiłam Go aby przyszedł i mnie przytulił, aby ukoił moje serce. I pojawił się. Gdy pierwszy raz pojechaliśmy z Jarkiem do Domu Dziecka , tam poproszono nas o określenie jakiej płci ma być nasz bobasek i jak ma mieć na imię. Wtedy to miała być dziewczynka i chcieliśmy ją nazwać Sara. Norbert znał tą historię i wieczorami , gdy był mały przychodził do mojego łóżka prosząc abym mu opowiedziała jak to było ,że pojawił się On , a nie dziewczynka.

Pamiętam jak układaliśmy wiersz o naszej rodzince . Całego już nie pamiętam ale szło to jakoś tak :

W pewnym mieście Jaworze 

Tuż przy Starym Dworze

Mieszkała sobie rodzinka

Tata Jarek i mama Acinka

A z nimi mała psinka...

A jak to się stało, że w naszym życiu pojawiła się Sara? Ano było to tak. Po śmierci naszego serduszka na mojej stronce internetowej  często pojawiały się artykuły związane z adopcją. Fundacja Narodziny Miłości nawet poprosiła mnie o napisanie artykułu do ich książki o naszej drodze do szczęścia. I tam nadal pojawiała się prośba o możliwość adopcji małej dziewczynki. Wspominałam mężowi o tym, ale nasze serca nie były gotowe na przyjęcie dziecka. Nie w tamtej chwili. Nie mogłam zastąpić dziecko dzieckiem. Tak wtedy myślałam. Nie pogodziłam się ze stratą, bólem, wściekłością. Jednak los chciał inaczej. Życie samo zakręciło kołowrotek i tak nam poukładało , że się spotkaliśmy. Trochę niechcący. Czy to zbieg okoliczności? Nie wydaje mi się. Pojechaliśmy spotkać się z koleżanką , która prowadzi Rodzinny Specjalistyczny Dom Dziecka. I tam razem z nią była mała kruszynka. Właśnie ta z ogłoszenia.  I od razu wpadła nam w oczy, zawładnęła naszymi myślami. Jarek nie mógł odwrócić od niej oczu. Miała to coś. Ma na imię inaczej, ale od razu powiedziała ,że chce zmienić imię. Jarek zapytał na jakie, a ona że na Sarę. I zamurowało nas. Jak to możliwe? Ona tez od razu przylgnęła do nas. Zakochała się w Jarku, a on w niej. Córusia tatusia. Mogę tak teraz rzec. Decyzję podjęliśmy wspólnie z Zuzą. Baliśmy się jej reakcji. Czy ona tez jest gotowa na nowego członka rodziny. Tak, nawet bardzo. Jak nam powiedziała, nie chce być sama. Była bardzo związana z bratem. Teraz to ona będzie starszą siostrą, która poprowadzi młodszą przez tajniki naszego domu. Na początku odwiedzaliśmy się jeżdżąc do niej kilka godzin w jedna stronę. Dziewczynki bardzo się zżyły. Każda z nich mówi o drugiej moja siostra. Sara przedstawia się naszym nazwiskiem , a i nas zaakceptowała jako mamę i tatę. Szybko wtopiła się w nasze środowisko. Udało się nam nawet spędzić trochę czasu. Sara otrzymała przepustkę aby być w naszym domu przez tydzień. To dało nam bardzo wiele. Poznaliśmy się na wylot i utwierdziło w naszej decyzji. Teraz tęsknimy za sobą jeszcze bardziej. Praktycznie każdego dnia dzwonimy do siebie, a Ona musi nas widzieć na kamerce i z każdym pogadać. W tej chwili to mam wrażenie , że moje dziecko jest na wakacjach i niedługo wróci do domu. Co teraz robimy? Teraz przemeblowujemy nasze mieszkanko i  szykujemy pokój dla księżniczki. Pokój Norbcia pozostaje jego pokojem. To miejsce , w którym odpoczywam, uczę się i rozmawiam z nim. To mój AZYL. Dziewczynki wiedzą o tym i szanują moją decyzję. Dla nas Misiek nadal jest w naszym domu i w jego pokoju. Niech tak zostanie. Dla mojego dobrego samopoczucia  i miłości do Niego.




LUMINA PARK WROCŁAW LUTY 2023R

Lumina Park  Wrocław luty 2023r. 


W lutym wybraliśmy się na wycieczkę do Wrocławia - Zamek Topacz. Tam znajduje się wspaniały park świateł. W tym roku trochę było z Avatara. Muzyka, światło i kolory- mega przeżycie. Nawet pogoda nam dopisała. Bez wiatru, ciepło. Ostatnim razem gdy byliśmy z Norbciem był tak przeraźliwy mróz, że palce wykręcało. Miejsce wspaniałe dla rodzin z dziećmi. Można zabrać psa. My jednak wybraliśmy się w trójkę. Czwarty niebiański był ze mną w sercu i myślach. Zawsze tak pozostanie. On będzie z nami , nie ważne czy ciałem czy duszą. Jest naszym dzieckiem i jest obecny każdego dnia. Gdy coś poszukuję do zwiedzania, to myślę tez o nim. Czy Koliberek chciałby to zobaczyć? Czy chciałby to posłuchać? Czy chciałby to posmakować? Tak...może komuś z boku wydaje się to nienormalne, dziwne. Być może. Nie zaprzeczam. Jednak to moje życie, mój świat i w tym wszystkim znalazłam sposób na przetrwanie, na bycie szczęśliwą. Nie wiem jaka długa jest moja podróż w tym świecie? Ale wiem ,że kiedy nadejdzie czas i spotkamy się wszyscy w naszym nowym domu to będę dumna z tego ,że dałam radę, że nie zawiodłam ich, że skorzystałam z tego co daje mi świat. 

Lumina Park i w tym roku przygotował niespodziankę dla nas. Nie wiem czy zdołamy jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia tutaj zajrzeć, ale na pewno będziemy w styczniu, na ferie. Wtedy już w czwórkę  plus.

















Styczeń przyniósł nam śnieg, a z nim bałwana, sanki, bitwy na śnieżki. W tym czasie na dwa tygodnie przyjechał do nas pod opiekę mój chrześniak Natanek. Jego rodzice pojechali z całą ekipą do Miami i okolice. Było bardzo radośnie i wcale nam się nie nudziło. Zuzia co prawda chodziła do szkoły, ale byłam ja i wujek. Do południa wspólne gotowanie, po południu zabawa lub zajęcia kreatywne. Mieliśmy jeden mały kryzys, ale udało się nad nim zapanować. To były dla niego pierwsze tak długie dni bez rodziców. W prezencie dla nich zrobiliśmy serduszka z masy solnej. Oj jaki był szczęśliwy, a najbardziej z tego, że mama  zaraz w domu powiesiła je na oknie. Jak nie wiele trzeba by dziecko uszczęśliwić, jak podnieść jego "ja". Lubię takie momenty. Lubię gdy się śmieją, są dumni z siebie. Lubię ten czas z nimi. Cieszę się ,że mogłam go dać mojemu serduszkowi. Tego najbardziej mi brakuje. Czasu... czasu spędzonego przy pogaduchach, przytulasach, wspólnym kakao, jabłeczniku, czytaniu książek, oglądaniu filmów, kłótniach. Tak , kłótniach. Kiedyś sobie myślałam, oj Norbert bądź już cicho, daj mi spokój, gadasz i gadasz. Teraz ....teraz oddałabym wszystko aby gadał, gadał i gadał. Hmmm takie to nasze życie.







Jak co roku tak i w tym moja panna Zuzanna spędziła ferie na półkoloniach  organizowanych przez szkołę. Tym razem były to zajęcia z robotyki. Dzieciaki zadowolone. Ciągle mnie bombardowała fotkami z zajęć pokazując jakie maszynerie stworzyła. Fajna sprawa. Dzieciaki zadowolone, nakarmione, nie nudziły się. Cóż więcej chcieć? W międzyczasie popołudniami odbywały się zajęcia kreatywne w naszej wiejskiej świetlicy. Ja także z nich skorzystałam . Razem z Zuzią robiliśmy świąteczne decupage. Bardzo lubię tego typu zajęcia, ale Wy już o tym dobrze wiecie.




Trafiła nam się okazja wypróbowania wspaniałości  w Gulusiowej Izbie w Myślinowie. Był Dzień Pieroga. Do dyspozycji mieliśmy pierogi : ruskie, z mięsem, z kapustą i grzybami, serem feta, z kaszą , z kaszką, na słodko, z owocami i jeszcze jakieś, ale już nie pamiętam. Ogólnie wzięliśmy sobie po każdym aby spróbować nowości. Jak dla mnie wszystkie pyszne. Może te na słodko nie codziennie, ale dzieciom na pewno by pasowało. Uwielbiam klimat tamtejszej restauracji. Ze smakiem urządzone wnętrza, miejscówka pierwsza klasa. Cudowny widok zapierający dech o każdej porze roku. No i oczywiście kuchnia. Smaczna, duże porcje, wspaniała obsługa. Uwielbiam tam również podpłomyki, zwłaszcza te z grzybami. Niestety ostatnio z nich zrezygnowano, a to wielki błąd. Miejsce wspaniałe zarówno na kolacje przy świecach, wesele, urodziny, czy tez mały wypad za miasto. 





GÓRA GÓRZEC 2023r.

Góra Górzec 2023r 





01.01.2022r. tego dnia postanowiłam wejść na Górę Górzec. To moja mała pielgrzymka  na Kalwarię. To moje postanowienie Noworoczne: zanieść swoje modlitwy tam blisko nieba. Tego było mi trzeba. Jarek miał służbę, zresztą jak co roku. Byłyśmy same: ja, Zuza i Lunka. Plaskałam pół nocy. Kolejny miesiąc, rok...jak odszedłeś. Czułam wewnątrz mojej duszy ogromną potrzebę zaniesienia moich próśb i wdzięczności tam gdzieś wysoko. Przyznam się, że był to dla mnie pierwszy raz. Nie było to dla mnie łatwe, gdyż ostatni rok należałam do typu kanapowca i droga pod górkę dala mi w kość. Nie poszłyśmy na łatwiznę. Nie wybrałyśmy trasy wzdłuż traktu, wręcz przeciwnie . Poszliśmy ścieżką kamienistą , stromą , pod górkę. Cieszę się bardzo. Było wcześnie rano i jeszcze na szlaku nie było ludzi. Dopiero gdy schodziłyśmy pojawiły się pierwsi pielgrzymi. Szłyśmy powoli, trochę rozmawiając, trochę się śmiejąc z mojej zadyszki. Jednak warto było się wysilić. Widok zapierał dech w piersiach. Wiatr delikatnie smagał mnie po policzkach , a promienie słońca przedzierały się przez  gałęzie drzew. Usiadłyśmy przed kapliczką i każda z nas  w ciszy zaniosła swoja modlitwę. Cieszę się z tego podarku dla moich bliskich. Powiem, że nawet ukoiło to moją duszę. Takie miejsca są faktycznie magiczne. Cisza, spokój, bliskość nieba i natury...tak. Tego skołatana, poszarpana dusza potrzebuje. Utulenia, połaskotania, poczucia bliskości tych ktorych nie ma. Jestem z siebie dumna. Myślę, że i w przyszłym roku pójdziemy tam razem, aby znowu zanieść modlitwę za naszych bliskich.


Nie wyglądam tu na cud kobietę, ale tego dnia byłam smutna, zapłakana, zdołowana i nie zależało mi na wyglądzie. Dla mnie liczył się spacer i zaniesienie mojej wędrówki bliskim. Zresztą kto dobrze wygląda po Sylwestrze Hihihi.
Nawet moja psiapsi była zachwycona dłuższym spacerem. Tyle zapachów po drodze, tyle ciekawych i nieznanych miejsc. To nie jest typ kanapowca. Nasza psinka to wędrowniczek. Bardzo lubi podróżować.



Widok przepiękny, ale te schody?!!!! Dałam radę i to jest plus dla mnie.






W styczniu postanowiłam dorobić sobie nowy tatuaż. Raczej dokończyć ten pierwszy. Tym razem był to koliberek. Długo wybierałam wzór. Ten, który zrobiłam jest duży ( jak na mnie) i kolorowy. Pasujący do serduszka. Wybrałam tym razem studio tatuażu w Strzegomiu. Dziewczyna mega sympatyczna, bardzo miła i konkretna. Szybko i sprawnie , a nawet bezboleśnie wykonała moje dzieło.  Cieszę się bardzo, że mój synek zaklęty jest w tym ptaszku. Teraz patrząc na niego czuję, że jest ze mną non stop. Kłuje mnie dzióbkiem gdy jest coś nie tak i mówi : Matka weź się w garść. Tak nie można. Nie wstyd ci? - i od razu prostuje plecy, wypinam biust, ocieram łzy i idę do przodu. Życie jest jakie jest. Każdy ma swoje. Jest lepsze i jest gorsze. Każdy z nas pisze swój scenariusz. Wiem, że potrafi dać nam nieźle w kość, połamać nasz kręgosłup...jednak od nas zależy czy to zmienimy, czy się pozbieramy, czy z naszego beznadziejnego życia wydobędziemy choć kawałek szczęścia. Nie jest to łatwe. Ba, nawet strasznie trudne. Nie da się zapomnieć. I ja nie chcę zapomnieć, ale chcę zmienić je na tyle abym mogła żyć dalej na tym świecie i poczuć się jeszcze szczęśliwa. Wiem, że gdyby była odwrotna sytuacja i ja bym odeszła z tego świata to chciałabym aby moi bliscy nie płakali. Żyli na 200%, chodzili do kina, spotykali się ze znajomymi, śmiali się do rozpuku, zwiedzali świat, a mnie mieli w swoim sercu i wspomnieniach. Nie wiem jak to jest, ale życie moje dziwnie się układa. Na mojej drodze stanęły nowe osoby, które dały mi wiele dobrego. Są też osoby, które właśnie w tym momencie mojego życia zostawili mnie. Myślę, że to tak miało być. Życie zweryfikowało przyjaźń. Pokazało kto kim naprawdę jest. Na początku bardzo mnie to bolało, jednak z czasem zrozumiałam ,że nie warto prosić się o uwagę. Dobrze mi jest tak jak jest.  Nie czuję się sama, bo mam kochającego męża, córkę, siostrę i jej rodzinę, ale także najwspanialsze przyjaciółki i znajomych. Czasami tylko zazdroszczę jednego. Tego ,że mają rodziców, babcie. Tak szybko wszystko się u nas potoczyło. Jednak czas jaki był nam dany wykorzystaliśmy na maksa. Czy dzisiaj jestem szczęśliwa?  TAK!!!! Bo mam to szczęście ,że jestem mamą, żoną. Bo mam rodzinę, bo mam gdzie spać, co jeść, do kogo się przytulić. Bo mogę wspomnieć najpiękniejsze chwile mojego życia. Bo mogę doświadczać świata. Myślę, że moi kochani pomagają nam jak mogą. Kierują naszym życiem, tylko trzeba umieć się w nich wsłuchać i rozmawiać z nimi. Powiem Wam jedno. Ostatnimi czasy prosiłam Boga o szczęście, o miłość, o rodzinę, o to aby w moim domu znów było radośnie, abym mogła dać swoje serce na nowo. I wiecie co.... Na naszej drodze pojawiła się iskierka. Myślę, że już mogę powiedzieć. Tak ...niedługo nasza rodzinka się znowu powiększy. Pojawi się panna Sara. 10- latka pełna strachu, obawy ale i nadziei na miłość i dom. Zakochaliśmy się w niej od pierwszego spotkania. Nie wiem czy tak miało być. Przed śmiercią Norb -
cia rozmawialiśmy o jeszcze jednym dziecku. Misiek zagadywał nas :
- Mamo może weźmiemy jeszcze jedno dziecko?
- Synek no co ty? Gdzie? Nie ma miejsca w domu.
- Mamuś jest pełno. Jak będzie brat to zamieszka ze mną w pokoju. Jak siostra to z Zuzią. Zmieścimy się.
- No mogłoby być, ale wiesz o tych sprawach to gadaj z tatą. On musi się zgodzić bo ja to nie ma sprawy, ale tato to wiesz grubsza sprawa.
-Dobra, damy radę.
No i tak tam kiedyś przemknęło przez nasz dom taka myśl. Potem byliśmy już zaprzątnięci  wizytami u kardiologa i przygotowaniem do operacji. Po śmierci dziecka człowiek nie myśli o takich rzeczach. Zresztą nie chcesz zastąpić dziecka dzieckiem. Nie ma takiej opcji. Norbert był jedyny, niepowtarzalny, ukochany, nasz synek, nasza miłość, serduszko, koliberek. A teraz...teraz jesteśmy gotowi na nowy etap naszego życia. Teraz jesteśmy w stanie dać dom kolejnej duszyczce. Czy się boimy?
Tak!!!! I to bardzo. Boję się czy damy radę to ogarnąć? Nowy członek rodziny, dużo doroślejszy, z wielkim bagażem doświadczeń ( i to wcale nie tych pięknych), z chorobami, oczekiwaniami. I Sara i Zuzia bardzo chcą być razem. Każda marzy o siostrze. Zuzi brak brata. Brak przyjaciela, towarzysza zabaw, spowiednika. Trochę razem przeżyli. Kochali się i wspierali. Została sama, po raz kolejny w swoim tak krótkim życiu. Sara też przeszła kilka rozstań. W jej oczach jest smutek, żal ale też pragnienie bycia dzieckiem pełnowartościowym, mającym swój kawałek nieba. Spotykamy się, dzwonimy, a w jej głosie słychać pragnienie domu i rodziny. Może już niedługo zawita u nas na zawsze.




Lipiec 2026 i pełnia wakacji

Lipiec to czas na jagody. Nie może się obejść bez pierogów i jagodzianek. Chociaż raz , jeden jedyny raz , ale musi być. Inaczej lato nie za...